Andrzej Sharan ma 51 lat, mieszka we Wrocławiu już piąty rok. Na Ukrainie był prawnikiem, pracował jako prokurator, dlatego nie miał problemu z wykryciem nieprawidłowości w firmie, która pośredniczy w zatrudnianiu pracowników ze Wschodu.

Legalizacja ich pobytu w Polsce wiąże się z koniecznością załatwienia mnóstwa formalności, wreszcie trafił więc na zajęcie, przy którym choć częściowo mógł wykorzystać swoje wykształcenie. Zatrudnił się tam po miesiącach spędzonych na smażeniu kebabów i 16-godzinnych szychtach w fabryce produkującej podzespoły samochodowe.

Postanowił jednak zaryzykować wygodną posadę, gdy zorientował się, że firma oszukuje obcokrajowców, choćby poprzez nakaz opłacania kolejnych pośredników. Zdecydował o tym porozmawiać z szefem. W efekcie ten wypowiedział mu umowę. Od 1 marca Sharan straci pracę i zgodnie z przepisami jeśli w ciągu miesiąca nie znajdzie nowej, będzie musiał wyjechać z Polski.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej