Ta opera jest genialnie napisana, z tłumem znakomicie sportretowanych postaci, które pozwalają artystom popisać się i sztuką wokalną, i aktorską. Gniewnych, mściwych, pożądliwych, brutalnych i wyrafinowanych, ale przede wszystkim niesłychanie witalnych. Należy do gatunku dramma giocoso (wł. wesoły dramat) – temat jest poważny, ale przedstawiany z przymrużeniem oka, postaci są przerysowane, a akcja ma duży potencjał komiczny, więc humor przeplata się z grozą.

Jednak u Hellera-Lopesa potencjał komiczny został zredukowany niemal do zera, bo zabawne opowieści w ustach ludzi pogrążających się w szaleństwie brzmiały co najwyżej groteskowo. Za to groza została spotęgowana.

Akcja „Don Giovanniego” została przez reżysera przeniesiona do azylu dla obłąkanych urządzonego w bibliotece barokowego pałacu-klasztoru w portugalskiej Mafrze (ciekawą scenografię zaprojektował Renato Theobaldo). Notabene, sam pałac był szalonym pomysłem króla Jana V Wielkodusznego, jednym z największych budynków XVIII-wiecznej Europy, inwestycją, która doprowadziła Portugalię niemal do bankructwa. Król się tu nigdy nie wprowadził, olbrzymie apartamenty trudno było umeblować, ale za to powstała wspaniała biblioteka, którą na scenie zastawiono piętrowymi łóżkami dla chorych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej