W dawnych wiekach koty nie cieszyły się szczególną estymą, podejrzewano je o kontakty z siłami nieczystymi i wierzono, że ich postać przybierają czarownice.

Ale we Wrocławiu doceniano ich przydatność - czy to do likwidacji myszy, których armia wyszła z Mysiego Stawu (na dzisiejszym placu Muzealnym, zasypany najpóźniej na pocz. XIX), czy do ubicia interesów z diabłem. Opowiadano, że w noc świętojańską wysłannik czarta czeka na skrzyżowaniu dróg, gotów szczodrze zapłacić za... zająca. Trzeba mu dać worek z kotem (do złapania na każdej ulicy) i zainkasować złotego talara.

Nie da się ukryć, że w tej sytuacji koty lekko nie miały i z ludźmi się specjalnie nie spoufalały, choć przez pewien czas mogły liczyć na wsparcie z Niebios. Ich patronka, Gertruda z Nivelles (miejscowość w Belgii), posiadała co najmniej od końca XIV w. kaplicę na Wygonie Świdnickim, przy której wystawiono w 1525 r. murowany Rabenstein, czyli szafot do wykonywania egzekucji, i urządzono pole grzebalne. Gertruda opiekowała się też skazańcami, więc ta kaplica znajdowała się w idealnym miejscu, ale wrocławscy mieszczanie nie chcieli wspomóc ksieni z Nivelles (koty, myszy, przestępcy – fatalnie się kojarzyła) i w 1692 r. kaplicę rozebrano. A koty musiały radzić sobie same. I radziły sobie coraz lepiej.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej