W wtorek po południu zatrzęsło tak, że w oddalonych od Rudnej o 20 kilometrów Polkowicach, Głogowie i Lubinie zadrżały budynki. Podłoga wtedy jakby faluje, żyrandole się kołyszą, szklanki dzwonią, a meble „chodzą” po pokoju. Na dole w kopalni tąpnięcie jest jak wybuch bomby. Huk! Ze ścian lecą skały, a wszędzie unosi się pył. I robi się ciemno, bo instalacje przestają działać.

W Zagłębiu Miedziowym każdy zna kogoś, kto pracuje w kopalni, więc jak mocniej zatrzęsie, to na forach w kilka minut pojawiają się setki zapytań, na którym to oddziale i czy wszyscy cali. Piszą: „Boże, miej górników w swojej opiece”.

Natura była silniejsza

– Ten u góry jest dla nas łaskawy i pozwala nam wchodzić tam, gdzie są ludzie, którzy nas potrzebują. Daje nam predyspozycje, możliwość szkolenia się, a potem sprawdza, jak je wykorzystujemy – mówi Krzysztof Skraba z jednostki ratownictwa górniczo-hutniczego KGHM, który uczestniczył w akcji ratunkowej w kopalni Rudna. Ratownikiem jest od 22 lat, ale nie widział wcześniej takiej skali zniszczeń.

Pozostało 82% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej