„Dopóki jesteś, jesteś ze mną” wraz ze Skaldami nuciła cała Polska. A z Urszulą Sipińską zabijała jesienną chandrę refrenem: „Bo są dni, gdy z nieba kapie deszcz, zamykam wtedy drzwi, telefon milczy też”. Przychodziła wiosna i można było skocznie zaśpiewać z Majką Jeżowską: „Od rana mam dobry humor”.

Piosenki Andrzeja Kuryły z muzyką m.in. Jarosława Kukulskiego, Krzysztofa Klenczona, Andrzeja Zielińskiego czy Wojciecha Trzcińskiego śpiewały największe gwiazdy. Dziś mało kto pamięta, że niewiele brakowało, żeby autor tych tekstów swój talent realizował, pisząc sądowe pozwy.

Jesteśmy młodzi, jesteśmy gniewni

– Na prawo we Wrocławiu namówiła mnie mama, nauczycielka, która chciała, żebym miał łatwiejsze życie – wspomina Andrzej Kuryło. – Skończyłem liceum w Cieplicach w 1960 roku, kiedy kończyła się „odwilż”. I już na pierwszym roku zetknąłem się z teatrem Kalambur, o którym jeszcze w Cieplicach słyszałem rozmaite cuda-niewidy. Poszedłem nawet na przesłuchanie, ale trudno było pogodzić teatr z uczelnią. Żeby utrzymać się we Wrocławiu, musiałem dorabiać – rozładowywałem wagony z węglem, myłem szyby, a razem z Edwardem Linde-Lubaszenką, który studiował medycynę i miał dziewczynę na prawie, sprzątaliśmy bałagan po remoncie wieży uniwersyteckiej.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej