Władze województwa, którym podlega instytucja, zapowiedziały na wtorek pochylenie się nad sytuacją w operze.

Przypomnijmy, że dwie kontrole – NIK i urzędu marszałkowskiego – wykazały, że Nałęcz-Niesiołowski wielokrotnie łamał ustawę o finansach publicznych i że desygnując siebie do dyrygowań, a nie innych dyrygentów – na dodatek za stawki dużo wyższe niż w regulaminie opery – dorabiał krocie. W 2017 r. – 439 200 zł, a w I półroczu 2018 r. – 296 tys. zł. Dodatkowe pieniądze dostawał dzięki umowom, jakie podpisywał z zewnętrznymi podmiotami, którymi kierował jego podwładny z opery.

„Melomani, ludzie kultury i sztuki z Dolnego Śląska”, wśród których nie ma żadnych znanych nazwisk, w petycji piszą, że „nie odwołują się do treści zarzutów stawianych dyrektorowi”, bo „rozmowa o zaistniałej sytuacji powinna być zamknięta w zaciszu gabinetów”. Mimo to na końcu petycji wytłuszczonym drukiem zaznaczają, że wspomniane pieniądze Nałęcz-Niesiołowskiemu się po prostu należały. „Zarobił, nie ukradł, wypracował własną ciężką pracą. Stawki, które otrzymywał, nie są wcale wygórowane” – stwierdzają obrońcy Nałęcz-Niesiołowskiego.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej