O Danielu Giełdzie pisaliśmy w „Wyborczej” w 2010 r. w cyklu o ludziach tworzących nowe zjawiska na społecznej mapie Wrocławia. Pokazaliśmy jego przemianę – od zbuntowanego punkowca walczącego na ulicach ze skinheadami do ojca dwóch córek (dziś ma jeszcze małego syna) i społecznika, organizatora corocznych imprez mikołajkowych dla dzieci z porażeniem mózgowym.

„Spotka się czasem na piwie czy koncercie ze starymi kumplami, ale po paru kuflach rozchodzą się grzecznie do domów. Wiadomo: rodzina, dzieci, człowiek ma na głowie poważniejsze sprawy niż ganianki za skinami” – mówili o nim znajomi.

Po ośmiu latach od tamtego tekstu Daniel – jak sam mówi – znalazł się w sytuacji Józefa K. z „Procesu” Kafki. Nieznajomy oskarżył go o napaść i dwukrotne zranienie nożem w okolicy pośladków. W procesie, który ostatecznie doprowadził go do więzienia, nie było dowodów, że to on był sprawcą. Poza wskazaniem przez pokrzywdzonego i jego znajomą, którzy najpierw twierdzili, że nie mieli pojęcia, kto na nich napadł, a w trakcie procesu nabierali pewności, że to Daniel.

Pozostało 85% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej