Do wypadku doszło w lutym w 2017 r. w miejskim przedszkolu na wrocławskim Kozanowie. W czasie leżakowania 3,5-letnia wtedy Magda została oblana wrzątkiem. Wicedyrektorka przedszkola zeznała, że weszła do sali z kubkiem gorącej wody, potknęła się i wylała wodę na śpiące dziecko. Rodzice przypuszczają jednak, że sytuacja wyglądała inaczej. Tuż po wypadku matce powiedziano, że „stolik stał na stoliku i ona nie zdawała sobie sprawy że to może spaść". – W sytuacji gdyby to czajnik zsunął z niestabilnej konstrukcji stołów i krzeseł, odpowiedzialność za zdarzenie spoczywałaby nie tylko na sprawcy, ale i na dyrekcji oraz wszystkich nauczycielkach, którzy mieli zajęcia z najmłodszą grupą – mówi Bartosz Lipski, tata Magdy.

Rodzice uważają także, że pierwsza pomoc, której udzielono dziewczynce, nie była wystarczająca. – Zimną wodą polewano jedynie twarz, nie została zdjęta bluzeczka od piżamki, nie zauważono wszystkich obrażeń, okres schładzania wynosił zaledwie parę minut i ograniczył się do chlapania twarzy dziecka wodą nabieraną w dłonie przez nauczycielkę – tłumaczą rodzice. Dopiero na polecenie matki zostało wezwane pogotowie. W czerwcu do sądu trafił akt oskarżenia. Wicedyrektorka usłyszała zarzut: nieumyślnego spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu człowieka, który jest zagrożony karą 3 lat więzienia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej