Magda Piekarska: Kiedy pomyślałeś, że to właściwy czas, żeby uderzyć w „blaszany bębenek”?

Wojciech Kościelniak*: To był moment, w którym zacząłem się bać czasu, w którym żyjemy, kiedy zrozumiałem, że machinacje polityków mogą dotknąć Trybunału Konstytucyjnego, o którego stałości i trwałości byłem przedtem przekonany. Zrozumiałem, że wracają czasy autorytarne. I że odniesienie do powieści Güntera Grassa zyskuje nowy sens. 

W czasach PRL też czytano ją jako metaforę tamtego czasu.

– Pamiętam PRL i uważam, że zdecydowanie bliżej mu do czasu obecnego. Różnica nie polega na natężeniu aparatu opresji. Raczej na tym, że wówczas – mam wrażenie – byliśmy wszyscy zjednoczeni wobec władzy, niezależnie od tego, czy stawialiśmy jej opór wprost, czy nie.

Dziś ze swoim światopoglądem czuję, że jestem w mniejszości. Dlatego szukam bliskości z literaturą, z postaciami Manna czy Brechta i ich stosunkiem wobec reżimów, czy z twórczością Grassa.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej