Beata Maciejewska: Widziałeś wesz na własne oczy?

Mariusz Urbanek*: Nie pamiętam. Może w czasach podstawówki, bo wszawica się zdarzała, więc higienistka albo wychowawczyni robiła nam przegląd głów.

Ja widziałam. Dziecko przywiozło ją jako „pamiątkę” z obozu. Zastanawiałam się, jak tę wesz uśmiercić. I tylko to mnie obchodziło. A kilkadziesiąt lat wcześniej wesz mogła być posłańcem śmierci, zakażając bakteriami tyfusu plamistego. Twoja najnowsza książka „Profesor Weigl i karmiciele wszy” to zapis walki o życie milionów ludzi. Rudolf Weigl uczynił z wszy swoich sprzymierzeńców i wygrał z tyfusem.

– Pokonał śmierć. Szczepionka, którą stworzył, była przez kilkadziesiąt lat jedynym sposobem ochrony przed chorobą.

Dwu-trzymilimetrowy owad. A w twojej książce przeczytałam, że uczony zarażał te malutkie stworzenia bakteriami strasznej choroby, wstrzykując im zawiesinę w...

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej