- "Gazeta Wyborcza" rodem z esbeckich instrukcji manipuluje faktami i pomija podstawową informację, że gdy prokurator stawiał panu Komendzie zarzuty popełnienia przestępstwa zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem, kiedy występował z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie i kiedy niezawisły sąd go tymczasowo aresztował, Lech Kaczyński nie był jeszcze prokuratorem generalnym. I nawet nie myślał, że nim zostanie - powiedział w rozmowie z PAP Zbigniew Ziobro.

Nigdy nie twierdziliśmy, że zatrzymanie Tomasza Komendy i jego skazanie (najpierw na 15, a później w sądzie apelacyjnym na 25 lat) miało miejsce, gdy Lech Kaczyński był prokuratorem generalnym. Nie pełnił również tej funkcji, kiedy pojawiły się obciążające dowody (Prokuratura Okręgowa w Łodzi sprawdza aktualnie, czy nie zostały one spreparowane i kto mógł za to odpowiadać).

Minister sprawiedliwości pomija jednak w wywiadzie fakt, że Lech Kaczyński był prokuratorem generalnym, gdy akt oskarżenia ws. Tomasza Komendy trafił do sądu, co stało się dwa miesiące po jego wizycie we wrocławskiej prokuraturze. Odwołał on wtedy Marka Gabryjelskiego, szefa prokuratury we Wrocławiu, co według słów jego rzeczniczki było „próbą poprawienia efektywności pracy”. Zresztą to właśnie opieszałość ws. zbrodni miłoszyckiej, Lech Kaczyński wymieniał jako konieczność wprowadzenia zmian.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej