Minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro przedstawia przypadek Tomasza Komendy jako swój sukces i dowód zaniedbań poprzedniej władzy. Pod koniec 2000 r. Ziobro był wiceministrem sprawiedliwości i jednym z najbliższych współpraconików Lecha Kaczyńskiego, ówczesnego ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

W poniedziałek opisaliśmy, jak w 2000 r. Kaczyński sam mówił w wywiadzie dla „Wyborczej", że naciskał na oskarżenie Tomasza Komendy, nazywając go degeneratem.

– Są ślady zębów tego zbira, ślady DNA, wszelkie możliwe znaki, i nie można postawić zarzutu. Taki sposób interpretacji praw człowieka, które czynią przestępców bezkarnymi, a ofiary bezbronnymi, stanowi zagrożenie dla porządku społecznego – stwierdził Kaczyński.

Atakował też prowadzącego śledztwo prokuratora, podkreślając, że nie jest zdrowy moralnie. Otwarcie twierdził, że jest zwolennikiem „nieustannych nacisków na zaostrzanie działań prokuratury”. Efektem były zmiany śledczych. Dwa miesiące po wizycie Kaczyńskiego we Wrocławiu do sądu przesłano akt oskarżenia przeciwko Tomaszowi Komendzie, który doprowadził do skazania go niesłusznie na 25 lat więzienia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej