Na bramkach przy wejściu dostaję złotą, choć papierową opaskę na nadgarstek z napisem "Nabucco". Na widowni dwa tysiące sto osób, na imponującej konstrukcyjnie wielopoziomowej scenie na tyłach opery -  dwustu artystów. „Nabucco” to operowa triada o miłości, polityce i wierze. I choć akcja umiejscowiona jest w czasach babilońskiej niewoli Żydów w szóstym wieku przed naszą erą, pokutuje legenda, że wystawienie opery we Włoszech w XIX wieku natychmiast odebrano jako analogię do aktualnej sytuacji na Półwyspie Apenińskim, gdzie za chwilę zawitać miała Wiosna Ludów.

ZOBACZ: Tak przygotowywano pl. Wolności do "Nabucco"

Były więc zamieszki, a słynna „Va pensiero”, pieśń niewolników żydowskich, do dziś jest nieoficjalnym hymnem Włoch. Wersja wrocławska w inscenizacji Krystiana Lady jest wersją uwspółcześnioną, wykorzystującą nowoczesne media. Można odczytać wycieczki reżysera w stronę tragicznych wydarzeń współczesnej historii, przede wszystkim żydowskiej, ale nawet i do takich polskich aktualności, jak protest matek w Sejmie. Bezpośrednich zamieszek jednak nie było i nie śpiewaliśmy na widowni „Va pensiero”. A szkoda.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej