Przed Sądem Rejonowym dla Wrocławia Śródmieścia rozpoczął się proces, w którym wrocławianin Rafał G. próbuje udowodnić, że niesłusznie został skazany za zaparkowanie swojego auta na zielonej kopercie. Samochód zostawił 28 grudnia 2017 r. przy ul. Łaciarskiej na jednej z 200 kopert, które władze Wrocławia kazały wyznaczyć dla samochodów elektrycznych z miejskiej wypożyczalni Vozilla.

Strażnicy miejscy chcieli ukarać go wtedy 100-złotowym mandatem. Mężczyzna go nie przyjął, bo uważa, że koperty są oznaczone nieprawidłowo. Strażnicy skierowali więc wniosek o ukaranie do sądu. Ten w trybie nakazowym, czyli bez przeprowadzenia rozprawy czy przesłuchiwania świadków, kazał Rafałowi G. jednak 100 zł zapłacić. Mężczyzna od tego wyroku wniósł sprzeciw. Teraz przed sądem rejonowym rozpoczął się proces.

"Jak w Procesie Kafki"

Obrońca Rafała G. - mecenas Marcin Zatorski twierdzi, że jego klient czuje się jak w "Procesie" Kafki, bo tak naprawdę nie wie, o co jest oskarżony. - Gmina Wrocław się kompromituje. Do oskarżenia nie ma podstaw prawnych ani faktycznych. Jedyne co jest, to wstyd - mówił ostro, tłumacząc, że w aktach sprawy są dwa różne paragrafy. - Mojego klienta oskarżono z artykułu 92*, a sąd nakazał zapłacenie 100 zł w oparciu o artykuł 97**. To jest duża, niezrozumiała dla mnie rozbieżność - komentował i dodawał, że jego klient czuje się niewinny, a straż miejska nie ma podstaw do karania kierowców. Poza tym tzw. zielone koperty nie są według mecenasa Zatorskiego znakiem drogowym, ponieważ nie spełniają warunków zawartych w Rozporządzeniu Ministra Infrastruktury, które mówi, że koperty powinny być białe i nie wspomina o zielonym tle.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej