– Za obrazami zostały wymalowane ramy. Te iluzjonistyczne dekoracje malarskie pojawiły się najprawdopodobniej dlatego, że meblowanie reprezentacyjnej sali Akademii Leopoldyńskiej długo trwało. Zbyt długo, aby w oczekiwaniu na obrazy zostawiać puste ściany – opowiada dr Łukasz Krzywka, historyk sztuki, pełnomocnik rektora ds. zabytków.

Johann Christian Kundmann, wrocławski lekarz, który jako pierwszy opisał aulę, widział już w niej portrety, ale swoją relację sporządził co najmniej kilka lat po zakończeniu prac budowlanych.

– Pamiętajmy, że jezuiccy inwestorzy byli oszczędni i na pewno nie traciliby pieniędzy na ozdoby, które miałyby być kilkumiesięczną prowizorką. Owszem, nie oszczędzali na efektach specjalnych, nie żałowali złota, ale tylko tam, gdzie wszyscy mogli to bogactwo widzieć w całej okazałości. Żadna z 17 figur zdobiących podium nie może się pochwalić wykończonym tyłem – tłumaczy dr Krzywka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej