W maju 2011 do Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu przyjęto Katarzynę L. – kobietę w zaawansowanej bliźniaczej ciąży z in vitro. Przez kilka tygodni ciężarna leżała na obserwacji na oddziale patologii ciąży Kliniki Ginekologii i Położnictwa. Z ustaleń śledczych wynika, że lekarze zbyt rzadko - bo tylko raz dziennie - wykonywali badania KTG ciężarnej i nie zwrócili uwagi, że nie słychać tętna jednego z chłopców.

31 maja kobieta zaczęła krwawić. Wtedy lekarze zdecydowali o przeprowadzeniu cesarskiego cięcia. Okazało się, że jedno z bliźniąt nie żyło od kilku dni, ale lekarze tego nie zauważyli. Drugie z dzieci zmarło zaraz po porodzie. Zagrożone było też życie ciężarnej.

Śledztwo trwało kilka lat

Prokuraturę o sprawie zawiadomił mąż kobiety. Śledztwo ciągnęło się kilka lat. Prokuratura najpierw nie chciała zgodzić się na zaangażowanie zagranicznych biegłych, by nie przedłużać postępowania. Tymczasem na opinie biegłych krajowych czekano dwa lata. A i te trzeba było uzupełnić. Dopiero po czterech latach przesłuchiwania świadków i zbierania opinii biegłych prokuratura sporządziła akt oskarżenia.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej