Do kuriozalnego zdarzenia doszło podczas drugiego dnia rywalizacji saneczkarzy na igrzyskach w Pjongczangu. Pochodzący z Wrocławia Mateusz Sochowicz przygotowywał się do swojego trzeciego ślizgu. Siedział już w sankach na lodowym torze i czekał aż zapali się zielone światło, które jest sygnałem, że zawodnik może startować. Ale wówczas Polak uświadomił sobie, że na twarzy nie ma ochronnej maski.

Nie było czasu, aby jej szukać, gdyż saneczkarz musiał startować. I ruszył bez maski. Na szczęście bez żadnych urazów dotarł do mety.

A tam chyba wciąż nie dotarło do niego, że jadąc bez ochrony, mógł doznać ciężkiej kontuzji. Na mecie Sochowicz cieszył się, machał rękoma i zbliżając twarz do telewizyjnej kamery, powtarzał: „No mask, No mask”.

...
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej