Około 20 myśliwych z wrocławskiego Koła Łowieckiego Sylwan polowało w niedzielny poranek w lesie w okolicach Strzelina.

Po godzinie od rozpoczęcia polowania, zlokalizowali ich członkowie grupy „Wrocławianie przeciw myśliwym".

– Dowiedzieliśmy się o nim przypadkiem. Wiele osób z tamtych rejonów kontaktuje się z nami, że bardzo często odbywają się u nich polowania. Działają tam co najmniej dwa koła łowieckie. Postanowiliśmy więc wybrać się tam na spacer – mówi Ania, jedna z działaczek grupy.

„Bo Szyszko nakazał"

Ona oraz dziesięciu innych, ubranych w odblaskowe kamizelki aktywistów, podeszło do polujących myśliwych. Ci, zgodnie z prawem łowieckim, nie mogli już strzelać. – Gdy nas zobaczyli, od razu dali sobie sygnały do zakończenia polowania. Przy nas nie padł już żaden strzał – zaznacza Ania. 

Pomiędzy aktywistami a myśliwymi kilkukrotnie dochodziło do słownych utarczek. Ci drudzy tłumaczyli, że polowania to polska wielowiekowa tradycja, a zwierzęta trzeba odstrzeliwać m.in. dlatego, że niszczą plony rolników. Powoływali się też na decyzję ministra środowiska Jana Szyszki, który nakazał „rozrzedzić populację dzików” ze względu na afrykański pomór świń.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej