Tekst ukazał się we wrocławskiej "Wyborczej" 19 lipca 2013 roku

Pani Małgorzata pamięta dobrze lipiec 1963 roku, choć miała wtedy zaledwie pięć lat.

- Pojechałam z rodzicami na wczasy do Międzyzdrojów, tłumy nad morzem, trzeba było wcześnie wychodzić na plażę, żeby znaleźć dobre miejsce. Ale gdy 15 lipca władze przyznały oficjalnie, że we Wrocławiu panuje epidemia czarnej ospy, wokół nas zrobiło się pusto - opowiada pani Małgorzata. - Ludzie przekazywali sobie informacje, że jesteśmy z zadżumionego miasta, i nie chcieli mieć żadnego kontaktu, bali się - wspomina.

Strach był mocno spóźniony, bo czarna ospa zajęła wrocławski przyczółek już w maju. Przyjechała z oficerem wywiadu, podpułkownikiem kontrolującym polskie placówki dyplomatyczne w Indiach, Birmie i Pakistanie. "Pobyt w Indiach był krótki: pięć dni gonitwy po urzędach, gorączkowe rozmowy i pertraktacje. 22 maja wrócił do kraju. W torbie podróżnej przywiózł kilka drobiazgów kupionych na bazarze: gliniany dzbanek z pięknym ornamentem, kamienną figurkę Buddy, naszyjnik z różowych muszelek. "Przemycił" także "bagaż", którego najmniej się spodziewał: wirusy ospy zagnieżdżone w migdałkach i węzłach chłonnych" - napisał Jerzy B. Kos w książce "Epitafium dla ospy".

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej