Tekst ukazał się we wrocławskiej „Wyborczej” 5 stycznia 2001 r.

Wrocławskie Sukiennice, niepozorna uliczka, a i znajdujący się przy niej na przełomie lat 70. i 80. zakład jubilerski nie wyróżniał się przepychem. Ale wszyscy wiedzieli, że to tam, w samym sercu miasta, mieści się pracownia najpopularniejszego wrocławskiego jubilera Romana Urbaniaka. Szeptało się wówczas o wpływowych protektorach rzemieślnika, wśród których mieli być nie tylko lokalni urzędnicy czy sekretarze Komitetu Wojewódzkiego, ale też Komitetu Centralnego PZPR. Nieżyczliwi powiadali, że to diamenty zapewniały Urbaniakowi życzliwość władz.

Koledzy z branży mówią o nim różnie:

– Kontrowersyjna postać. Udało mu się zmonopolizować rynek szkoleń, chociaż rzeczoznawców w Polsce jest wielu. Widać inni nie mieli takiej siły przebicia. Ale to chyba dobrze o nim świadczy. Z drugiej jednak strony te szkolenia to praktycznie przekazanie tego, co jest w podręcznikach. Nie wszyscy szkoleniowcy byli dobrymi pedagogami.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej