Tekst ukazał się we wrocławskiej "Gazecie Wyborczej" 16 marca 2001 roku.

Cisza. Wszelkie zajęcia odwołane, nie ma przeprowadzek, więźniowie nie kręcą się po korytarzu. Taka cisza za więziennym murem znaczy tylko jedno...

Ale wiedzą o tym jedynie wtajemniczeni: naczelnik, wychowawca, kilku strażników. Naczelnik wiadomość tę otrzymał specpocztą kilka dni wcześniej. Pismo z Sądu Najwyższego jest krótkie, opatrzone klauzulą "poufne". Informuje, że wobec Józefa Wójcika, skazanego prawomocnym wyrokiem na karę śmierci, Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski i że sąd wyznaczył datę wykonania wyroku. Jest 21 marca 1987 r., sobota.

Czego skazany się nie dowie?

W zamku zgrzyta klucz. W drzwiach staje strażnik. - Wójcik, wychodzimy! - pada polecenie. 48-letni, wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna wstaje z łóżka i posłusznie wychodzi. Strażnik w asyście drugiego prowadzi go długim korytarzem po schodach w dół. Zakręt. Drugi. Otwiera drzwi... Wchodzą do pomieszczenia gospodarczego. - Zróbcie tu porządek - rzuca polecenie.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej