Tekst ukazał się 14 lutego 2002 roku we wrocławskiej "Gazecie Wyborczej"

W czwartek 10 stycznia 2001 roku Jan S., skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo w 1990 roku Martyniki Ł., jak zwykle pracował w więziennej bibliotece. Około godziny 14 usłyszał, że ma iść na wokandę sądu penitencjarnego. Strażnik przyniósł formularz, nie było zaznaczone, w jakiej sprawie.

Stanął przed sędzią - niewysoki, posiwiały, krótko ostrzyżony 53-latek w okularach.

Sędzia odczytał mu decyzję prezydenta RP o ułaskawieniu.

Jan wrócił do biblioteki.

- Bez euforii, bardzo spokojny - opowiada kierowniczka biblioteki. - Uporządkował biurko, zabrał rzeczy. "Wreszcie będę mógł udowodnić, że jestem niewinny" - powiedział tylko. Zapomniał okularów.

Poszedł do celi. Spakował się, podpisał obiegówkę. Zapomniał o maszynie do pisania. Wyszedł o 16.30. Nikt na niego nie czekał.

Jan W., współwięzień z celi: - Janek mówił, że przyjdzie dzień, gdy udowodni swoją niewinność. Wiem, że on nie zabił, w śledztwie popełniono błędy. Aby skazać na 25 lat, trzeba mieć 200 procent pewności, a nie 99.

Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej