Tekst został opublikowany 14 grudnia 2012 we wrocławskiej "Gazecie Wyborczej"

24 stycznia 1969 roku. O godz. 16.35 samolot An-24 oderwał się od pasa na warszawskim Okęciu. Stewardesa zaczęła pasażerom rozdawać cukierki.

- Siedziałam koło okienka, a na zewnątrz panowała kompletna ciemność i mgła - wspomina Katarzyna Majewska*, uczestniczka feralnego lotu nr 149. - Wracaliśmy z szefem ze spotkania służbowego.

Kierowali się w stronę lotniska Strachowice we Wrocławiu. Za sterami siedzieli kapitan Rudolf Rembieliński i drugi pilot Czesław Kamiński. Na pokładzie byli też mechanik Henryk Kruk, stewardesa oraz 44 pasażerów. Był też mały piesek, z którym leciała wrocławianka Maria Neuman.

Po niespełna godzinie spokojnego lotu antonow o znakach rejestracyjnych SP-LTE zaczął obniżać wysokość. Zbliżali się do końca podróży. Stewardesa znów zaczęła rozdawać cukierki. Padł komunikat, by zapiąć pasy. Zaraz mieli lądować. Jednak zamiast delikatnego zetknięcia z betonowym pasem poczuli gwałtowne uderzenie.

Pozostało 94% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej