Tekst ukazał się we wrocławskiej "Wyborczej" 24 marca 2018 r. Przypominamy go w rocznicę tragedii 

Na zdjęciach widać mężczyzn w półbutach i płaszczach, kobiety w czółenkach albo na obcasach, w spódnicach i lekkich kurtkach, z chustkami na głowach. Nie mieli rękawiczek, bo w marcu 1968 roku termometry pokazywały już kilka stopni powyżej zera. Śnieg tajał, woda wsiąkała w ziemię i tylko nocami skuwał ją jeszcze przymrozek.

Ludzie ze zdjęć są młodzi, uśmiechnięci. To nauczyciele i robotnicy z rosyjskiego Kujbyszewa, którzy przyjechali do Polski w nagrodę za dobre wyniki w pracy. Byli już w Warszawie i we Wrocławiu. Z Karpacza mieli jeszcze jechać do Krakowa i Oświęcimia.

20 marca wycieczka się podzieliła. Sześciu mężczyzn i dziewięć kobiet poszło w stronę wyciągu krzesełkowego na Kopę, reszta została w mieście. Turystów prowadził w górach ich warszawski opiekun, 27-letni Stefan Wawryniuk. Nie miał uprawnień przewodnika górskiego, ale do czego miał ich potrzebować? Chcieli dojść spacerem do wyciągu, wjechać na Kopę, zachwycić się widokami i wrócić. O godz. 14 czekał na nich przecież obiad w Domu Turystyki Zagranicznej.

Pozostało 84% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej