Rozmowa z Krzysztofem Skoniecznym, reżyserem i scenarzystą

Joanna Dzikowska: Po co pojechaliście do Czarnobyla?

Krzysztof Skonieczny: Miałem trzy lata, gdy wybuchła elektrownia jądrowa. Pamiętam metaliczny smak Lugoli, zapachy, jakieś dźwięki, światło, kolory. To jedno z moich pierwszych wspomnień, piękne i zmysłowe. Bardzo chciałem teleportować się do przeszłości, zobaczyć jego epicentrum.

W Czarnobylu nagrywaliśmy sceny z koszmarów sennych Kuby. Postapokaliptyczna rzeczywistość tego miejsca skojarzyła mi się z tym, o czym czytałem w opowiadaniach Brunona Schulza, była jak jego „piąty, fałszywy miesiąc”.

Koszmary w „Ślepnąc od świateł” celowo mają jakość z kasety VHS, bo tak właśnie pamiętam obrazy z dzieciństwa, to mój pierwotny nośnik.

Zdradzę ci jeszcze jedną ciekawostkę: już po nakręceniu serialu dowiedziałem się, że dziadek mojej warszawskiej przyjaciółki Zosi był osobą, która decydowała o wprowadzeniu płynu Lugola w Polsce. Historia wiedzy i niewiedzy zatoczyła koło.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej