Wileński uczony jezuita Franciszek Ksawery Bohusz z jawną niechęcią relacjonował swój pobyt we Wrocławiu i nawet po 241 latach przykro się czyta, że miasto „mało ciekawości wojażerowi ofiaruje”, pełno tu wojska, a mało uczonych (bo kuchnie są w większej cenie niż biblioteki), domy paskudne, jak egipskie piramidy, a kościoły opuszczone i ciemne. Tylko budowle wzniesione przez jezuitów – kościół uniwersytecki i gmach uczelni – „wielkie i wspaniałe”. Ale cóżby innego jezuita mógł napisać!

Teolog protestancki Jakob Elias Troschel, który Wrocław odwiedził zaledwie kilka lat po Bohuszu, nie potwierdził tych rewelacji – wrocławskie ulice, choć nie tak szerokie jak w Berlinie, są znacznie okazalsze od tych w Gdańsku i Hamburgu, wrocławianie zaś to ludzie poczciwi, a „pracowitość, pilność i przeważnie także obyczajność stoją tu wysoko w cenie”.

Tej obyczajności nie zauważył z kolei Friedrich Schulz, historyk z Mitawy (dziś Łotwa), który stwierdził wręcz, że „Ślązacy, choć dobrzy chrześcijanie, nie są w tym względzie [w praktykowaniu cnoty czystości – przyp. red.] specjalnie pedantyczni i rzadko spotkać można wśród tutejszego ludu kawalera, który by przed ożenkiem nie przestawał, dłużej lub krócej, w miłosnych stosunkach ze swoją narzeczoną”. Schulza to chyba zachwycało, bo przecież małżeństwo to „związek, który wymaga sporego dodatku przyjemności zmysłowych, jeśli ma sprostać swojemu właściwemu przeznaczeniu”.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej