Dzięki wystawie „Migracje” otwartej we wrocławskim Muzeum Narodowym możemy zobaczyć dzieła sztuki, które wywieziono stąd zaraz po wojnie. To była przymusowa i bolesna migracja, bo znikły wyjątkowo cenne obiekty.

W tyglu języków i religii

Hasło „migracje, migranci” powinno się dobrze we Wrocławiu kojarzyć, bo miasto zbudowane przez osadników z Łużyc, Miśni i Turyngii, rozwijające się dzięki ulokowaniu na skrzyżowaniu wielkich szlaków handlowych, prowadzące interesy z całą Europą, otwarte było dla przybyszów. Na chwilę, na dłużej lub na zawsze.

W kruchcie kościoła św. Elżbiety wisi tablica, na której wyryto apel tzw. Urzędu Jałmużniczego, czyli XVI-wiecznego MOPS-u, o wspieranie biednych. Tekst ułożono po hebrajsku, grecku, rosyjsku, arabsku, łacinie, włosku, francusku, angielsku, szwedzku, węgiersku, czesku, niemiecku i po polsku, więc nie ma wątpliwości, że te języki słychać było na wrocławskich rynkach.

Pozostało 92% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej