Magda Piekarska: Kiedy pomyślałeś, że to właściwy czas, żeby uderzyć w „blaszany bębenek”?

Wojciech Kościelniak*: To był moment, w którym zacząłem się bać czasu, w którym żyjemy, kiedy zrozumiałem, że machinacje polityków mogą dotknąć Trybunału Konstytucyjnego, o którego stałości i trwałości byłem przedtem przekonany. Zrozumiałem, że wracają czasy autorytarne. I że odniesienie do powieści Güntera Grassa zyskuje nowy sens. 

W czasach PRL też czytano ją jako metaforę tamtego czasu.

– Pamiętam PRL i uważam, że zdecydowanie bliżej mu do czasu obecnego. Różnica nie polega na natężeniu aparatu opresji. Raczej na tym, że wówczas – mam wrażenie – byliśmy wszyscy zjednoczeni wobec władzy, niezależnie od tego, czy stawialiśmy jej opór wprost, czy nie.

Dziś ze swoim światopoglądem czuję, że jestem w mniejszości. Dlatego szukam bliskości z literaturą, z postaciami Manna czy Brechta i ich stosunkiem wobec reżimów, czy z twórczością Grassa.

Dla musicalowego „Blaszanego bębenka”, który jest częścią gdańskiej trylogii Grassa, naturalnym miejscem premiery wydawał się Teatr Muzyczny w Gdyni.

– Na podobnej zasadzie naturalna dla „Mistrza i Małgorzaty” jest Moskwa... Ale oczywiście przyszło mi to do głowy. Tyle że wrocławski Teatr Muzyczny „Capitol” jest dużo bardziej otwarty na ciężar treści „Bębenka” niż Gdynia, która ma o połowę większą widownię, wobec czego wymagania wobec komunikatywności spektaklu są dużo bardziej wyśrubowane. Tu jestem przekonany, że trafimy w gusta publiczności.

Pozostało 86% tekstu
To jeden z tekstów, do których dostęp mają tylko nasi stali Czytelnicy

Twoje sprawy, nasza praca. Subskrybuj za pół ceny i czytaj Wyborcza.pl

Wyborcza.pl to dziennikarze w całej Polsce. Piszemy o tym, co ważne dla Ciebie, Twojej okolicy, Polski i świata. Zyskaj dostęp do tej codziennej porcji niezbędnych informacji.