"Można długo udawać, zwodzić w imię dobra publicznego, lecz przyjdzie wreszcie ta szczególna godzina, gdy należy dokonać wyboru" - napisał w pamiętniku rektor Uniwersytetu Wrocławskiego Alfred Jahn. Dla niego ta godzina wybiła pół wieku temu.

9 marca wypadał w sobotę. I ta sobota już była niespokojna. Pracownicy administracyjni wrocławskich uczelni poszli do akademików „badać nastroje”, bo z Warszawy docierały wieści, że studentów zaatakowała milicja i „aktyw robotniczy”.

Że pałki poszły w ruch, że rozpylono gaz.

Że koniec z małą stabilizacją i pozorami wsłuchiwania się w głos narodu.

Że teraz rządzi siła.

Że władza wskazuje palcem winnych: „wichrzycieli”, „bankrutów politycznych”, „bananową młodzież”, „wrogów Polski Ludowej”, czyli Żydów, studentów i literatów.

Radio Wolna Europa mówiło o wiecu na Uniwersytecie Warszawskim w proteście przeciwko zdjęciu przez cenzurę „Dziadów” granych w Teatrze Narodowym i w obronie relegowanych z uczelni studentów – Adama Michnika oraz Henryka Szlajfera, a sekretarze partyjni z poszczególnych uczelni byli ściągani na naradę do siedziby Komitetu Wojewódzkiego.

Pozostało 91% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej