Magda Piekarska: Skąd się wzięła Ewa, bohaterka filmu „Dzikie róże”?

Anna Jadowska: Nie ma jednego źródła. Składa się z opowieści, które słyszałam, z ludzi, których spotkałam. Długo pisałam ten scenariusz i myślałam wtedy o Marcie Nieradkiewicz, która – co od początku było jasne – miała zagrać tę postać. Ale wpisałam w nią także moje lęki z okresu wczesnego macierzyństwa. I chęć zmierzenia się z portretem kobiecym w formule wykraczającej poza fabułę.

Opowiadasz o kobiecie na życiowym zakręcie, młodej matce, która samotnie wychowuje dwójkę dzieci, a pod nieobecność męża wikła się w romans z nastolatkiem. Od czego zaczęła się ta historia?

– Od plantacji dzikich róż w mojej rodzinnej Ligocie Małej pod Oleśnicą. Od lat obiecywałam sobie, że wplotę ją do jednej z moich opowieści. 

Co jest w niej wyjątkowego?

– Cała wieś jest otoczona plantacjami, na których pracowały okoliczne kobiety. Dorastałam, marząc o tym, że któregoś dnia do nich dołączę. I działała na mnie wówczas nie tyle magia miejsca, co pieniądza – razem z bratem szukaliśmy sposobów na zdobycie fortuny. Kiedy w okolicy trwała akcja zbierania ślimaków, dołączyliśmy do niej, z mizernym zresztą skutkiem. A kiedy wreszcie udało nam się uprosić mamę, żeby pozwoliła nam zrywać płatki róż, wróciliśmy do domu pokłuci i zniechęceni – okazało się, że kiedy doświadczone zbieraczki napełniały kolejne wiaderka, nam udało się ledwie przykryć dno jednego z nich.

Pozostało 86% tekstu
To jeden z tekstów, do których dostęp mają tylko nasi stali Czytelnicy

Twoje sprawy, nasza praca. Subskrybuj za pół ceny i czytaj Wyborcza.pl

Wyborcza.pl to dziennikarze w całej Polsce. Piszemy o tym, co ważne dla Ciebie, Twojej okolicy, Polski i świata. Zyskaj dostęp do tej codziennej porcji niezbędnych informacji.