Kiedy mówi o polskich sprawach, aż chodzą mu nogi. Przekląć też mu się zdarzy. – Jak można w dwa lata rozpierdolić to, co było budowane od blisko 30 lat! – złości się Robert Wagner.

Stańczyk

Zwykle w krótkich spodenkach, adidasach i T-shircie. Ostatnio z napisem „Rebeliant”, z czcionką nawiązująca do logo „Solidarności”. Włosy związane w kitkę, wygolone po bokach. I znak rozpoznawczy: tatuaże. Ma ich siedem. Pierwszy i – jak sam mówi najbrzydszy – zrobił kilkanaście lat temu. Abstrakcyjny wzór na lewej łydce.

Kolejne były już manifestami. Jak data 10.04.1940 na prawym ramieniu. Bo denerwowało go, że wypadek samolotowy w Smoleńsku przykrył pamięć o polskich oficerach pomordowanych w Katyniu. Najchętniej krzyczałby: zostawcie tę datę, ale – jak przyznaje – niewiele pewnie, by tym krzykiem wskórał. Dlatego nosi ten tatuaż jako symbol pamięci o rzeczywistych ofiarach. Nad datą widnieje podobizna Stańczyka. Ceni go. Bo mimo pozowania na głupca miał więcej w głowie niż niejeden dyplomata czy król. A poza tym był patriotą.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej