Spacer po Wrocławiu śladami filmów z Cybulskim
ZOBACZ

Magda Podsiadły: W niedzielę mija pół wieku od dnia, w którym na Dworcu Głównym we Wrocławiu Zbyszek Cybulski wpadł pod pociąg. Kim dla ciebie, osoby z rocznika 1974, był przed napisaniem jego biografii?

DOROTA KARAŚ: Maćkiem Chełmickim z "Popiołu i diamentu", oglądanym w czasach licealnych lub na początku studiów. Widziałam też na pewno w moich studenckich latach "Do widzenia, do jutra" Janusza Morgensterna czy "Jak być kochaną" Wojciecha Hasa.

Dla mnie, starszej od ciebie, Cybulski był symbolem pokolenia moich rodziców, wychowanego w czasie wojny, i niósł w sobie tragizm czasów, w których i on, i oni musieli żyć.

- Jeżeli już dostrzegałam w nim tragizm, to owej gwałtownej, przedwczesnej śmierci na peronie wrocławskiego dworca. Był dla mnie w miarę młodym facetem, znanym aktorem, który nagle, tragicznie ginie. I wiedziałam, że wtedy, w latach 60., płakała po nim cała Polska.
Pozostało 93% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej